Moją podróż rozpocząłem w Gdańsku łapiąc nocny autobus (o 2:00) do Warszamy skąd miałem lot do Londynu. To nie bylo fajne doświadczenie, przynajmniej na początku... Autobys byl stary i zdezelowany i było w nim zimno. Później jeszcze p irzesiadka w Grudziądzu, też nie nalążaca do najprzyjemniejszych no ale cóż tak juz u nas jest. W Warszawie, na dworcu Zachodnia odebrał mnie kolega kolegi, który zawiózł mnie na lotnisko. Tam, również dzięki jego pomocy, jak też pracowników British Airways i mojemu Care Asistence wszystko przebieglo sprawnie i w nieco ponad godziny byłem już w drodze do stolicy Zjednoczonego Królestwa skąd po 7 godzinach oczekiwania w specjalnie przygotowanej dla osób korzystających z Care Asistance poczekalni rozpocząłem swoją właściwą już podróż do Indii. Swoistą zapowiedzią tejże bylo to, że wszyscy moi asystenci na lotnisku Heathrow byli Hindusami hehe... i bardzo dobrze mi się z nimi współpracowalo i rozmawiało.
Lot trwał długo bo okolo 10 godzin ale zniosłem go lepiej niż się spodziewałem, także dzięki pasażerowi z sąsiedniego siedzenia, który leciał do domu na urlop.
Na lotnisku w Bombaju przeżyłem pierwszy szok termiczny hehe.... W sali termianal już za strefą przylotów było niesamowicie gorąco a nie ma tam klimatyzacji. Z lotniska odebral mnie mój couchsurfing'owy host i zabrał do swojego mieszkania w dzielnicy Andheri West gdzie mialem zostać 2 dni. Tam po raz pierwszy "zetknąłem" się z moim laptopem;) i tam pojawił się pierwszy problem. Nie mogłem skontaktować się z Paolą, do której w końcu miałem dołączyć. Byłem w dużym stresie, ale w końcu się udało i spotkaliśmy się wieczorem w knajpce na koktail owocowy. Uprzednio skorzystałem z usług masażysty, który przychodzi co tydzień do Ajay'a mojego hosta. Masaż był fantastyczny, odprężający ale jego skutki już mniej fajne... W przeciągu 2 dni zauważyłem jakieś wikwity na skórze. Jak mniemam była to reakcja alergiczna na olejki jakich masażysta używał. Jadąc na spotkanie z Paolą, po raz pierwszy też zetknąłem się z żebrzącymi na ulicy dziećmi.... Następnego dnia wybraliśmy się na Gorei Island by zobaczyć Global Pagodę. W drodze na dworzec okazało się, że otoriksiarze mają strajk, i że to za daleko więc skorzystałem z komunikacji miejskiej, zatloczonego autobusu. Hindusi są zupełnie inni niż Polacy, bardzo przyjacielscy i otwarci. Jakiś pan pomógł mi złapać właściwy autobus, a już na dworcu kolejowym jakaś kobieta podprowadziłą mnie w umówione z Paolą miejsce. Kupiliśmy bilety, złapaliśmy pociąg, potem oto rikszę i "prom" i w ciągu jakiejś godziny byliśmy już na wyspie.
Samo miejsce jest wyjątkowe. Usytuowano .tam 2 zupłnie przeciwstawne ośrodki: typowo komercyjny park wodny Water Kindhom a na drugim biegunie, planowana jako światowe centrum medytacji - Global (Golden) Pagoda, którą to naturalnie zwiedziliśmy. Pagoda i caly kompleks wokół niej jest ciągle w fazie budowy, ale już teraz wygląda imponująco. Następnym punktem w planie dnia był Sanjay Gandhi National Park gdzie chcieliśmy odbyć safari w dziewiczym deszczowym lesie, jak to opisano w Lonely Planet. Spotkal nas niestety zawód, park wcale nie był dziewiczy, niczym nie różnił się od parków miejskich znanych z Europy, z wybrokowanymi alejami, toaletami.. Safari też się nie udało, bo akurat w poniedziałki jest nieczynne więc jedyne co zobaczliśmy w lesie to slamsy...
Potem udaliśmy się do Centrum miasta na slynną zakupową ulice i do rownie popularnej kawiarni by coś zjeść. Tam zrobiem sobie fotki, które były mi potrzebne by kupić prepaid'ową kartę sim i 2 lupy bo swojej zapomnialem zabrać z domu.
Wieczorem odwiedziłem Anita, brata naszego znajomego z Polski, Anisha, u którego Paola się zatrzymała. Po drodze kupiliśmy jeszcze bilety na autobus, na pociąg nam się nie udalo. Tu system rezerwacji działa zupelnie inaczej niż u nas. Dodam, że przy kupowaniu bieltów na autobus też pojawiły się kłopoty, gdyż chciano nas oszukać, trzeźwość umysłu pomogła nam i zapłaciliśmy właściwą cene.
Następnego dnia Pune, ale tylko na parę godzin by się odprężyć, korzystając z gośćiny Vinety, kuzynki Anisha i Anita, a wieczorem znów autobusem, tym razem na Goa.
Na Goa w przeciwieństwie do Paoli, nie mialem noclegu. Pracując do ostatniego dnia nie mialem czsu na zorganizowanie wszystkiego, za co mialem zapłacić wysoką cenę. Nie przejmując się tym zanadto, sądząć naiwnie, że zlapię jakiś tani hostel, pojechałem z Paolą do Anguny. Są tam piękne piaszczyste plaże ale najsłynniejsza dzięki hipisom jest skalista plaża...
Piękna plaża gdzie zaliczyłem pierszy upadek, pchając się tam gdzie nie powinienem, doprowadzając jednocześnie do pasji moją towarszyszkę. W drodzę do Anguny, natualnie zatłoczonym autobusem, poznaliśmy turystów z Nowej Zelandi, Szkocji i Irlandi. Po powrocie do Pamgin, stolicy Goa, okazalo się, że następnego dnia jest festiwal jakiś miejscowy a w związku z tym wszystkie miejsca w hostelach były zajęte. Jakiś miejscowy "agent" prowadzał nas od jednego do drugiego, a im dalej od centrum tym cena rosła zamiast spadać, Paola zaczęła płakać, ja bylęm zły...... Nie majac innego wybour, zwłaszcza, że zależało mi bardzo na dostępie do internetu, zatrzymalem się w bardzo drogim jak na te ale i na nasze warunki hotelu Oriemt w Poriborim, sąsiednim mieście, w którym też Paola miala hosting. Internet, za który dodatkowo załaciłem nie działał, i naprawiali mi go pół następnego dnia, dnia który to cały nie omal spędziłęm w hotelu. Wyszedłem jedynie by w końcu kupić tego prepaid'a. Pomógł mi w tym Sidd, couchsurfer z Pamgin. Następnego dnia mieliśmy już opuścić Goa kierując sie do Hampi w stanie Karnatak. Nie było to jednak możliwe bowiem autobus tam jeździ co 2 dni i nastepny był w sobotę wieczorem. Dzień ten zatem spędziliśmy częściowo z Sidd'em, częściowo sami zwiedzając stolicę najbogatrzego stanu Indii.
Późnym popołudniem za jego namową pojechaliśmy taksóką (innej opsji nie bylo) do Palolem Beach. To byłą trafna decyzja. Wnajeliśmy tam chatę, taką w jamajskim stylu i poszliśmy się przejść po okolicy, coś zjeść i kupić dla mnie szorty do pływania. Te ostatni mam zresztą na sobie kiedy to piszę hehe... W "Tandhuri chicken" gdzie postanowiliśmy zjeść kolację SZOK!!! Czlowiek, który nas obsługiwał, Sanjey, mówił po polsku, malo tego, zna trójmiasto i Gdynię. Co roku jeździ do Gdynia na urlop w lipcu i sierpniu. W życiu bym się nie spodziewał, że Hindus z Goa może jeździć na wakacje do Gdyni, to było dla mnie, lokalnego patrioty, jakże miłe zaskoczenie. W "Tandhuri Chicken" wypiliśmy cudowne Mohito, to znane mi z kraju, w ogóle się nie umywa.... Cena 2,5 razy niższa, pojemność2 razy większa, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy... To bylo coś. W drodze powrotnej, do chaty, spotkaliśmy grupę obcokrajowców imprezujących na plaży: 2 Kolumbijczyków, 2 Holenderki, 3 z Izraela, Szkotkę i jeszcze jednego ale nie pamiętam skąd, oraz piłkarza z klubuu z Vasco da Gama. Gdy towarzystwo się rozeszło, postanowiliśmy zarzyć nocnej kompieli. Skrywajć się za "zaparkowaną" na plaży łodzią zmieniłem szorty i popędziliśmy do wody, to bylo to... Później balowaliśmy do rana z tymi piłkarzami i Izraelką do samego rana i ostatniej kropli alkoholu. Rano checkout z chaty i na plażę. Cudownie chłodząca woda,
slońce aż za dobre bo choć nie opalaliśy się długo to szybko się spaliłem ale co tam... Popołudniu znów w Pamgin i katastrofa, autobus i owszem była tyle, że miejsc już w nim dla nas nie bylo. Jedynym wyjściem była zmiana kierunku na Mangalore, a i tak wyrwaliśmy ostatnie 2 bilety sypialne w autobusie. Tej podróży długo nie zapomnę. Czułem się jak na rajdzie terenowym, droga była fatalna, a autobus pędził z bardzo dużą prędkością. Dwa razy nasze glosy, w brutalny sposób, spotkały się z sufitem....
Rano już w Mangalore, Paola usilowała kupić bilet do Mysore, jedyne co udalo się jej jednak kupić to miejsce na liście rezerwowej. Ja ciągle nie wiedziałem gdzie pojadę, czy do Bangalore, gdzie mialem już zapewniony cousufing'owy nocleg czy tak jak Paola do Mysore... Dzień spędziliśmy w ośrodku 'Summer Sands Resort". Wstęp kosztował tylko 100 rupii, ze skromnym śniadaniem, a za dodatkowe 100 wykupiliśmy bilet na basen. Trochę rekreacji i wypoczynku, a co ważniejsze możłiwość wzięcia prysznica, czego nam bardzo było potrzeba po morskich kąpielach z dnia poprzedniego. W ośrodku otrzymałem smsa od Silvii z informacją, że jeden z couchsurferó w Mysore, do których na moją prośbę wysłała prośby o nocleg zaakceptowal couchrequest'a, w związku z powyższym postanowiłem się tam wybrać tak jak Paola. Pracownicy "Letnich Piasków" poinstruowali nas byśmy byli na dworcu na ok. 2 godziny przed odjazdem pociągu i korzystając z opcji "open ticket" spróbowali zdobyć miejsce siedzące w pociągu, co zawsze wiąże sie walką na łokcie, kolana i co kto ma... Paola stwierdziłą, że pojedzie w wagonie dla kobiet, taka płciowa separacja tu funkcjonuje, i sie oddaliła. To byl praktyczny koniec współengo podróżowania. Mi pomogli ludzie na peronie, najpier jeden człowiek, Deepak, który czekał na kolegę, gdy ten przyszdł "przekazał" mnie innemu, chyba było mu na imię Horaish, Zdobył dla mnie miejsce siedzące w tej 2 klasie. Nigdy nie podróżowałem w takich warunkach. To było ciekawe ale i trudne doświadczenie, ale dałem radzę. Do Mysore dojechaliśmy po 4 rano. Czekal tam już na mnie mój następny couchsurfing'owy host, który na motocyklu zawiózł mnie do swojego mieszkania. Na peronie spotkałem Paolę, Sandy, mój host, pómógl jej zamówić otorikszę, i to było nasze ostatnie spotkanie. Był wczesny poniedzialkowy poranek 10 października.
Lot trwał długo bo okolo 10 godzin ale zniosłem go lepiej niż się spodziewałem, także dzięki pasażerowi z sąsiedniego siedzenia, który leciał do domu na urlop.
Na lotnisku w Bombaju przeżyłem pierwszy szok termiczny hehe.... W sali termianal już za strefą przylotów było niesamowicie gorąco a nie ma tam klimatyzacji. Z lotniska odebral mnie mój couchsurfing'owy host i zabrał do swojego mieszkania w dzielnicy Andheri West gdzie mialem zostać 2 dni. Tam po raz pierwszy "zetknąłem" się z moim laptopem;) i tam pojawił się pierwszy problem. Nie mogłem skontaktować się z Paolą, do której w końcu miałem dołączyć. Byłem w dużym stresie, ale w końcu się udało i spotkaliśmy się wieczorem w knajpce na koktail owocowy. Uprzednio skorzystałem z usług masażysty, który przychodzi co tydzień do Ajay'a mojego hosta. Masaż był fantastyczny, odprężający ale jego skutki już mniej fajne... W przeciągu 2 dni zauważyłem jakieś wikwity na skórze. Jak mniemam była to reakcja alergiczna na olejki jakich masażysta używał. Jadąc na spotkanie z Paolą, po raz pierwszy też zetknąłem się z żebrzącymi na ulicy dziećmi.... Następnego dnia wybraliśmy się na Gorei Island by zobaczyć Global Pagodę. W drodze na dworzec okazało się, że otoriksiarze mają strajk, i że to za daleko więc skorzystałem z komunikacji miejskiej, zatloczonego autobusu. Hindusi są zupełnie inni niż Polacy, bardzo przyjacielscy i otwarci. Jakiś pan pomógł mi złapać właściwy autobus, a już na dworcu kolejowym jakaś kobieta podprowadziłą mnie w umówione z Paolą miejsce. Kupiliśmy bilety, złapaliśmy pociąg, potem oto rikszę i "prom" i w ciągu jakiejś godziny byliśmy już na wyspie.
Samo miejsce jest wyjątkowe. Usytuowano .tam 2 zupłnie przeciwstawne ośrodki: typowo komercyjny park wodny Water Kindhom a na drugim biegunie, planowana jako światowe centrum medytacji - Global (Golden) Pagoda, którą to naturalnie zwiedziliśmy. Pagoda i caly kompleks wokół niej jest ciągle w fazie budowy, ale już teraz wygląda imponująco. Następnym punktem w planie dnia był Sanjay Gandhi National Park gdzie chcieliśmy odbyć safari w dziewiczym deszczowym lesie, jak to opisano w Lonely Planet. Spotkal nas niestety zawód, park wcale nie był dziewiczy, niczym nie różnił się od parków miejskich znanych z Europy, z wybrokowanymi alejami, toaletami.. Safari też się nie udało, bo akurat w poniedziałki jest nieczynne więc jedyne co zobaczliśmy w lesie to slamsy...
Potem udaliśmy się do Centrum miasta na slynną zakupową ulice i do rownie popularnej kawiarni by coś zjeść. Tam zrobiem sobie fotki, które były mi potrzebne by kupić prepaid'ową kartę sim i 2 lupy bo swojej zapomnialem zabrać z domu.
Wieczorem odwiedziłem Anita, brata naszego znajomego z Polski, Anisha, u którego Paola się zatrzymała. Po drodze kupiliśmy jeszcze bilety na autobus, na pociąg nam się nie udalo. Tu system rezerwacji działa zupelnie inaczej niż u nas. Dodam, że przy kupowaniu bieltów na autobus też pojawiły się kłopoty, gdyż chciano nas oszukać, trzeźwość umysłu pomogła nam i zapłaciliśmy właściwą cene.
Następnego dnia Pune, ale tylko na parę godzin by się odprężyć, korzystając z gośćiny Vinety, kuzynki Anisha i Anita, a wieczorem znów autobusem, tym razem na Goa.
Na Goa w przeciwieństwie do Paoli, nie mialem noclegu. Pracując do ostatniego dnia nie mialem czsu na zorganizowanie wszystkiego, za co mialem zapłacić wysoką cenę. Nie przejmując się tym zanadto, sądząć naiwnie, że zlapię jakiś tani hostel, pojechałem z Paolą do Anguny. Są tam piękne piaszczyste plaże ale najsłynniejsza dzięki hipisom jest skalista plaża...
Piękna plaża gdzie zaliczyłem pierszy upadek, pchając się tam gdzie nie powinienem, doprowadzając jednocześnie do pasji moją towarszyszkę. W drodzę do Anguny, natualnie zatłoczonym autobusem, poznaliśmy turystów z Nowej Zelandi, Szkocji i Irlandi. Po powrocie do Pamgin, stolicy Goa, okazalo się, że następnego dnia jest festiwal jakiś miejscowy a w związku z tym wszystkie miejsca w hostelach były zajęte. Jakiś miejscowy "agent" prowadzał nas od jednego do drugiego, a im dalej od centrum tym cena rosła zamiast spadać, Paola zaczęła płakać, ja bylęm zły...... Nie majac innego wybour, zwłaszcza, że zależało mi bardzo na dostępie do internetu, zatrzymalem się w bardzo drogim jak na te ale i na nasze warunki hotelu Oriemt w Poriborim, sąsiednim mieście, w którym też Paola miala hosting. Internet, za który dodatkowo załaciłem nie działał, i naprawiali mi go pół następnego dnia, dnia który to cały nie omal spędziłęm w hotelu. Wyszedłem jedynie by w końcu kupić tego prepaid'a. Pomógł mi w tym Sidd, couchsurfer z Pamgin. Następnego dnia mieliśmy już opuścić Goa kierując sie do Hampi w stanie Karnatak. Nie było to jednak możliwe bowiem autobus tam jeździ co 2 dni i nastepny był w sobotę wieczorem. Dzień ten zatem spędziliśmy częściowo z Sidd'em, częściowo sami zwiedzając stolicę najbogatrzego stanu Indii.
Późnym popołudniem za jego namową pojechaliśmy taksóką (innej opsji nie bylo) do Palolem Beach. To byłą trafna decyzja. Wnajeliśmy tam chatę, taką w jamajskim stylu i poszliśmy się przejść po okolicy, coś zjeść i kupić dla mnie szorty do pływania. Te ostatni mam zresztą na sobie kiedy to piszę hehe... W "Tandhuri chicken" gdzie postanowiliśmy zjeść kolację SZOK!!! Czlowiek, który nas obsługiwał, Sanjey, mówił po polsku, malo tego, zna trójmiasto i Gdynię. Co roku jeździ do Gdynia na urlop w lipcu i sierpniu. W życiu bym się nie spodziewał, że Hindus z Goa może jeździć na wakacje do Gdyni, to było dla mnie, lokalnego patrioty, jakże miłe zaskoczenie. W "Tandhuri Chicken" wypiliśmy cudowne Mohito, to znane mi z kraju, w ogóle się nie umywa.... Cena 2,5 razy niższa, pojemność2 razy większa, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy... To bylo coś. W drodze powrotnej, do chaty, spotkaliśmy grupę obcokrajowców imprezujących na plaży: 2 Kolumbijczyków, 2 Holenderki, 3 z Izraela, Szkotkę i jeszcze jednego ale nie pamiętam skąd, oraz piłkarza z klubuu z Vasco da Gama. Gdy towarzystwo się rozeszło, postanowiliśmy zarzyć nocnej kompieli. Skrywajć się za "zaparkowaną" na plaży łodzią zmieniłem szorty i popędziliśmy do wody, to bylo to... Później balowaliśmy do rana z tymi piłkarzami i Izraelką do samego rana i ostatniej kropli alkoholu. Rano checkout z chaty i na plażę. Cudownie chłodząca woda,
slońce aż za dobre bo choć nie opalaliśy się długo to szybko się spaliłem ale co tam... Popołudniu znów w Pamgin i katastrofa, autobus i owszem była tyle, że miejsc już w nim dla nas nie bylo. Jedynym wyjściem była zmiana kierunku na Mangalore, a i tak wyrwaliśmy ostatnie 2 bilety sypialne w autobusie. Tej podróży długo nie zapomnę. Czułem się jak na rajdzie terenowym, droga była fatalna, a autobus pędził z bardzo dużą prędkością. Dwa razy nasze glosy, w brutalny sposób, spotkały się z sufitem....
Rano już w Mangalore, Paola usilowała kupić bilet do Mysore, jedyne co udalo się jej jednak kupić to miejsce na liście rezerwowej. Ja ciągle nie wiedziałem gdzie pojadę, czy do Bangalore, gdzie mialem już zapewniony cousufing'owy nocleg czy tak jak Paola do Mysore... Dzień spędziliśmy w ośrodku 'Summer Sands Resort". Wstęp kosztował tylko 100 rupii, ze skromnym śniadaniem, a za dodatkowe 100 wykupiliśmy bilet na basen. Trochę rekreacji i wypoczynku, a co ważniejsze możłiwość wzięcia prysznica, czego nam bardzo było potrzeba po morskich kąpielach z dnia poprzedniego. W ośrodku otrzymałem smsa od Silvii z informacją, że jeden z couchsurferó w Mysore, do których na moją prośbę wysłała prośby o nocleg zaakceptowal couchrequest'a, w związku z powyższym postanowiłem się tam wybrać tak jak Paola. Pracownicy "Letnich Piasków" poinstruowali nas byśmy byli na dworcu na ok. 2 godziny przed odjazdem pociągu i korzystając z opcji "open ticket" spróbowali zdobyć miejsce siedzące w pociągu, co zawsze wiąże sie walką na łokcie, kolana i co kto ma... Paola stwierdziłą, że pojedzie w wagonie dla kobiet, taka płciowa separacja tu funkcjonuje, i sie oddaliła. To byl praktyczny koniec współengo podróżowania. Mi pomogli ludzie na peronie, najpier jeden człowiek, Deepak, który czekał na kolegę, gdy ten przyszdł "przekazał" mnie innemu, chyba było mu na imię Horaish, Zdobył dla mnie miejsce siedzące w tej 2 klasie. Nigdy nie podróżowałem w takich warunkach. To było ciekawe ale i trudne doświadczenie, ale dałem radzę. Do Mysore dojechaliśmy po 4 rano. Czekal tam już na mnie mój następny couchsurfing'owy host, który na motocyklu zawiózł mnie do swojego mieszkania. Na peronie spotkałem Paolę, Sandy, mój host, pómógl jej zamówić otorikszę, i to było nasze ostatnie spotkanie. Był wczesny poniedzialkowy poranek 10 października.